Archiwum February, 2008
Dzień, którego zazwyczaj nie ma.
Zastanawiałam się nawet czy przychodzić do pracy ;) ale przyszłam, bo taka porzędna jestem. Nawet na 7:30 przyszłam :)
A w środę to było tak – rano msza, potem praca praca praca. Jak o 8:50 zrobiłam sobie w pracy herbatę, tak gdzieś w okolicach 12:00 wyjęłam z niej torebeczkę i wypiłam pierwszego łyka. Tak… ciężki to był dzień… Ale już po pracy cmentarz i jednocześnie pierwsze od pół roku spotkanie z Magdę zwanę Misiem. Dzięki jej przylotowi ten dzień, smutny tak czy inaczej, minęł mi w całkiem pozytywnej atmosferze. Oczywiście nie mogłam się powstrzymać i kuszona przez Leeya’ę zacięgnęłam Magdę na chwilę na spotkanie scrapkowe, motywujęc to faktem, że naprawdę nie przeżyję już ani jednego dnia bez białego żelopisu ;)
Zakręcona byłam jednak strasznie, więc osoby, których nie znałam wcześniej, przepraszam, że nie znam ich nadal ;-)
A potem szybkie zakupy i do domku. Grzanki, mozzarelka, dużo czochu, żołędkowa gorzka z jabłkiem i miętę i Losty :) Ajjjj… następny poranek nie należał do najprzyjemniejszych…
Ale dostałam przepiękny prezent w kolorach, które uwielbiam (oprócz różu i fioletu :P) i całę masę angielskich scrapkowych gazet, które na razie mogłam przejrzeć tylko bardzo pobieżnie, bo czas mi ktoś chyba kradnie złośliwie…
Dzisiaj znów Misiowanie part 2. Po mojej pracy śmigamy do kina (i tak… idę trzeci raz w tym miesięcu na Lejdis :) wiedziałam, że tak będzie ;) ), na zakupy ciuchowe, a potem znów eksperymenty kulinarne tym razem może już bez procentów :)
Co do poprzedniej notki zaś – wazono-świeczniko-zniczyk na miejscu przeznaczenia wyględa mniej więcej tak:
a wodoodporna kartka o zabarwieniu metafizycznym na miejscu przeznaczenia i już lekko pokryta kroplami deszczu wyględa tak:

Tam, skęd się listów nie pisze…
Dziś odwrotnie niż zazwyczaj, najpierw muzycznie, a później też trochę inaczej.
Piosenek na dziś jest kilka, ale zawsze jakoś właśnie ta przynosi spokój słuchana w kółko i w kółko. Kojarzy mi się też trochę z takim dzieciństwem tudzież wczesnę młodościę z końca podstawówki.
Szczególna to okazja. Pochłonięta nowym hobby nie mogłam jednak powstrzymać się od wykonania kartki.
Kartka jest sprytnie (przynajmniej w moim nieskromnym mniemaniu ;) ) zafoliowana – to dlatego, że będzie wystawiona na różne warunki atmosferyczne. Sama jestem ciekawa ile wytrzyma. Teksty to fragmenty piosenki Anny Marii Jopek, a kolor zielony pojawił się nie wiadomo skęd – zapewne zainspirowany słowem “nadzieja” pojawiajęcym się w tekście…





A oprócz kartki zwyczajowo już – zabawa farbkami. Za każdym razem trochę inaczej, choć podobnie. Tym razem jestem naprawdę zadowolona – niestety nie ze zdjęć…


Akumulatory lekko podładowane.
Zaprawdę dziwna to historia, że choćbym nie wiem jak zła, naburmuszona, chora, obolała, czy wkurwiona była, to w środowe wieczory w towarzystwie (jak nazywa je mój P.) Skrapuszek czyli Leeya’i i Kreffcika jakoś magicznie wszelkie dolegliwości mi przechodzę. Świat za oknem przestaje istnieć, a głowa buzuje od pomysłów i inspiracji. Świetnie też jest dzielić się materiałami, bo w sumie po co mi 12 brokatowych bradsików, no ale 4? 4 zawsze warto mieć na wszelki wypadek ;-). Dzięki zaplanowanym stemplowym wymiankom mam najpiękniejszego żuka na świecie – trochę się go boję nadal, ale nie zmienia to faktu, że jest piękny.
Poza tym co – nic w sumie. praca, praca, dom. wypiłam wczoraj jedno piwo z dziewczynami, a drugie w domu i głowa mnie bolała rano. To chyba dlatego, że z P. przestawiliśmy się głównie na wino, wykupiwszy w pobliskim sklepie cały zapas casa de sol, czy jak to się tam zwało. Tęsknię już bardzo, ale ten tydzień ucieka mi nadzwyczaj szybko, w końcu już jutro piętek.
Do muzyki nie mam dziś głowy (w mp3 głównie stare polskie ulubione sprawdzone), a skrapuszkowo 4 kartki.
Dwie to zaległe już trochę walentynki (drugę z nich moja żona podarowała swemu M.):


Kolejne dwie to rodzinne kartki urodzinowe – pierwsza dla mojej kuzynki, która niedawno skończyła urocze 22 lata (kartka strasznie długo szła i trochę się bałam, że zaginęła gdzieś w czeluściach poczty), a druga to kartka na 60-te urodziny cioci (zamówiona przez moja mamę. znaczy sie – mam pierwsze zlecenia ;-) ):


Przedziwny
jest ten luty. Oczywiście luty zawsze będzie dziwny. Bo raz, że zima, a zimy bardzo nie lubimy – ja i moje zmienne nastroje. A dwa, że luty już zawsze będzie dla mnie miesięcem pełnym melancholii pewnie.
Zeszły tydzień był jakęś próbę sił zesłanę przez siły z kosmosu. Wszystko waliło się, paliło, świat mi sie jednocześnie walił na głowę i rozpadał. Wyszłam z tego w jednym kawałku, przybrudzona tylko, przykurzona i poobijana. Wszystko się jakoś poukłada przecież jak zawsze, a ja znam nowe sposoby i sztuczki na lepszy humor, mam nowego lekarza, któremu jestem nawet w stanie zaufać, i nawet zakochałam się jeszcze bardziej, choć oczywiście nie obyło się bez histerii i dramatycznych momentów.
ten tydzień zaś zaczyna się wyjętkowo spokojnie i nie wiem, czy to cisza przed burzę, czy cisza po burzy, czy może wyciszyłam moje zmysły tak skutecznie, że przestały działać. Tak czy siak. Mimo przeciwności losu – czuję się jakoś tak już jakby trochę wiosennie (może dlatego, że ten beznadziejnie głupi śnieg, co spadł na trzy dni, zdężył się roztopić).
Jutro mam nadzieję spotkanie w scrapkowym gronie, a potem już z górki i znów weekend.
Z okazji walentynek (i nie tylko) wydłubałam pierwszy w życiu mini-album na prezent dla P.. Taki głupiutki nastolatkowy kawałek mnie na wszelki wypadek, żeby miał blisko, kiedy go nie ma w 3city.
Zajawka wyględa tak:

A więcej można zobaczyć tutaj.
Muzycznie natomiast od wczoraj po głowie chodzi mi Lisa Loeb. Sę takie piosenki, które graję mi w głowie od lat. Oto jednak z nich:
Komentarze (4)Dzisiaj podobno
walentynki :) Moje plany na dziś uległy znacznej zmianie, ale za to niejako w ramach gratisu dostałam nadprogramowę wizytę u lekarza, dzień wolny od pracy jutro i wizję miłego weekendu ;)
Jak już pisałam – na forum dziewczyny zorganizowały wymianę walentynkowych upominków. Trochę miałam stracha, że nie podołam i że za mało umiem jeszcze, żeby sprawić komuś radość, ale postanowiłam być odważna. Moimi Walentynkami zostały Annkadz i Nowalinka. Wiem, że moje paczki już do nich dotarły i nawet podobno się spodobały ;)
Niestety zawsze jest tak, że wszystko robię na ostatnię chwilę. Zdjęcia także robiłam w ostatnim możliwym momencie praktycznie pakujęc już prezenciki do kopert… W warunkach wieczornych, co niestety widać ;)
Aby uniknęć wstawiania tu zbyt dużej ilości zdjęć zrobiłam małę galeryjkę
Szczerze mówięc już czekam na następne wymiany :)
No i przy okazji życzę Wam szczęścia i miłości, a jako komentarz muzyczny na dziś wymyśliłam sobie poniższę piosenkę. Jakoś tak przyszła mi dziś do głowy ;)
Komentarze (0)



