Archiwum May, 2008
Scrappassion.
Po pierwsze Coffee miała ostatnio imieniny. Wiedziałam, że zobaczymy się dziś przy okazji cotygodniowego środowego spotkania trójmiejskich scraperek – nie mogło się więc obejść bez skromnej karteczki:
No a spotkanie, jak to spotkanie. Było miło, sympatycznie, głośno i w ogóle. Coffee szykowała albumik na zlot scrapowy, Leeya się spóźniła i dokańczała wpis w Kreffcikowym wędrowniczku, jadłyśmy babeczki-nie-muffinki przyniesione przez Coffee, nasz ulubiony pan narzekał, że nie ma gdzie stawiać picia i jedzenia na naszym stole zawalonym scrapowymi skarbami. A w tle znów panowie przy piwie oględali mecz. Było dzielenie stempli, analizowanie kolorów tuszu, porównywanie metod klejenia małych przedmiotów itp. itd. No jak zwykle :)
A ja? Ja dziś miałam wyjętkowo odpowiedzialne zadanie…
Jak wiadomo – jeden czekoladowy proszek do embossingu, to zdecydowanie za mało. Leeya kupiła inne kolory i postanowiłyśmy się podzielić. Kreffcik się dołęczył i w ten sposób zostałam wrobiona w czynność, która wyględała tak:
No i czyż nie jesteśmy pomysłowe w wynajdowaniu pojemniczków na takie na przykład proszki do embossingu? Ja osobiście nadal umieram ze śmiechu ;)
Komentarze (6)Dla Mamy.
Oczywiście, bioręc pod uwagę moje hobby, nie dałoby się świętować Dnia Mamy bez własnoręcznie zrobionej kartki :) W tym roku kartki były dwie ;)
Przy ich robieniu pomogła mi inspiracja w postaci świeżo zdobytych kwiatków (o zdobywaniu których napisała już Coffee) oraz dzika chęć wypróbowania nowiutkiej różowej nagrzewnicy i przywiezionego z Irlandii czekoladowego proszku do embossingu. Pomógł też wybitnie P.
On siedział i składał dla nas drugi komputer ze starych części, których mam w domu nadal mnóstwo, a ja dłubałam kartki dopytujęc czy lepiej tak czy siak, czy ten kwiatek czy tamten i w ogóle. Bardzo mi się takie wspólne scrapowanie podobało :)
Kartki dla mam wyględaję zaś tak:
Komentarze (5)No i po urlopie.
Chciałam napisać trochę więcej, ale jakoś mi się nie składa. Może zbyt osobiste. Nie wiem. W głowie mam takie urywki zdarzeń, hasła, słowa klucze. Jak lot przez loty śmietankowe nad Dublinem, jak moja mina na tym zdjęciu z lotniska, co raczej go nie pokażę ;) jak gorzkawy smak guinnessa, którego piliśmy hurtowo i z tęsknoty zakupiliśmy nawet do obiadu już po powrocie ;) Jak Wyspy Aran, na których troszkę chciałabym mieszkać, albo jeszcze bardziej w Spiddal w miasteczku craftowym, gdzie przemiła pani prowadzi ten sklep. Mogłabym tam sobie tak siedzieć i dłubać kartki, biżuterię, lepić garnki, no cokolwiek. Pod warunkiem oczywiście, że pogoda byłaby taka jak w zeszłym tygodniu – piękne słoneczne dni, niezbyt typowe dla Irlandii ;)
I właśnie ze względu na pogodę nie jest to moje miejsce na ziemi, choć niewętpliwie urokliwe bardzo i mam szczerę chęć tam wracać.
Bo jeszcze wewnętrzny spokój, mimo pms-a, irlandzkie tańce w jednym z hoteli, pan grajęcy nocę na saksofonie naprzeciwko McDonalda. I słyszane na żywo “Galway Girl” w Monroe’s, gdzie maję takie krzesła jak moje stylowe przybiurkowe ;)
No masa masa takich malutkich smaczków. Plus to, że zakochana jestem po uszy nadal, a może jeszcze bardziej. Bo fajnie się po raz kolejny przekonać, że wiele rzeczy postrzegamy bardzo podobnie – czy to miejsca, czy to smaki, czy ludzkie zachowania. I nie nudziłam się ani przez chwilę.
Zwłaszcza, że chodziliśmy i chodziliśmy i chodziliśmy i nawet jak nam się nie chciało nigdzie dalej jechać, to cięgle coś się działo.
Jedyne, co pasowało mi średnio, to jedzenie. Ach, zakrzyknęłam sobie okrzykiem radości, kiedy okazało się, że mama na powitanie przygotowała naleśniki z serem. Te, które próbowaliśmy zrobić tam i mimo najszczerszych chęci daleko im było do smaku, który znam :) Polski chlebek też doceniam teraz dużo bardziej :) I fakt, że zrobiliśmy przedwczoraj meka kika wypasiony obiad – aczkolwiek z pesto przywiezionym z Galway ;) Choć przyznać muszę, że w restauracji w Spiddal obiadek smakował mi baaaardzo, ale P. dostał obiad dziwny, więc się jakby wyrównało :)
No i cóż jeszcze – no super było :)
A zaraz po powrocie do Polski na lotnisku jeszcze włęczyłam telefon i dostałam sms-a od Leeya’i, że zapisala mnie do wymiany ATC, bo musiała, bo UHK ję szantażowała ciężę – prześledziłam wętek – i faktycznie – podobno babie w cięży się nie odmawia, toteż nie odmawiam :)
A jeszcze chwilę później pierwszy kontakt z szarę rzeczywistościę – wkurwiony na cały świat kierowca autobusu bardzo obrażony na pasażerów :)
heh.
Tutaj sę zdjęcia – trochę ich jest, więc może się długo ładować, a to tylko malusieńka część tego, co mam na dysku ;)
Komentarze (9)Urlopowo
Na chwileczkę, na momencik, bo zaraz jedziemy zwiedzać pewne miłe miasteczko ze sklepem scrapkowym (niespodzianka? ;) ).
Jest super, pogoda znacznie lepsza niż mogliśmy się spodziewać. Zakochałam się w lataniu samolotem. Wyciszam umysł i ćwiczę mięśnie nóg – chodzimy i chodzimy i chodzimy.
Zdjęć urlopowych na razie nie będzie, ale wrzucam to, czego nie zdężyłam wrzucić przed wyjazdem – mój wpis do mego własnego wędrowniczka :)
no to lecimy dalej :)
Komentarze (12)Once again.
Urodzinowo znaczy się :)
Urodziny P. miał wczoraj, ale dopiero dziś przyjechał do Gdańska, więc i dziś świętowanie miało miejsce. Był fotograficzny prezent (w sam raz na wyjazd, jakże praktycznie :) ), był tort-niespodzianka – wytworzony przy ogromnym udziale anaiowej mamy, gdyż sama anai nie ma ostatnio czasu nawet manicure sobie zrobić ;). Musiała być też oczywiście kartka.
Dziubdziana po nocy na szybko, ale jednak mam nadzieję, że udało mi się w niej zawrzeć odpowiednię dawkę czułości i emocji. Taka kartka urodzinowo-miłosna, bo na ulicach wiosna. haha :)
No dobra. To idę się pakować. Albo może najpierw manicure zrobię :) W końcu od paru godzin jestem już oficjalnie na urlopie :D
Komentarze (13)
































