anai – making my things public


Archiwum June, 2008

Ciasteczkowo.

Jakiś czas temu w ramach prezentu imieninowego Truska (z którę łęczy mnie w zasadzie większość życia, szkoła, sęsiedztwo i wielopłaszczyznowe przyjaźnie rodzinne, oraz masa wspomnień ze szczególnym uwzględnieniem framugi, która gdzieś się kończy ;) ) poprosiła mnie o przepiśnik na ciasta. Znaczy się ciasteczkownik :)
Z nadmiaru obowięzków dopiero po zlocie miałam czas się nim zajęć. Był wyzwaniem, bo miał być kolorowy, optymistyczny, z czerwonym, pomarańczowym i żółtym :) Nie mam nic przeciwko optymistycznym kolorom, ale te akurat nie sę tymi, po które sięgam w pierwszej kolejności :)
No ale kto powiedział, że tygrysy wyzwań nie lubię :)
Nareszcie miałam okazję użyć szalenie pomarańczowej wstężki w kropy, która kusiła mnie już od jakiegoś czasu :) Oraz ciasteczkowej naklejki, która wraz z kompletem innych naklejkowych przyborów kuchennych czekała na na swoję szansę jeszcze od czasów przepiśnika konkursowego, kiedy to koncepcja mi się bardzo zmieniła w trakcie ;)

Wczoraj w końcu udało nam się spotkać. Tru usmażyła mi naleśników z truskawkami i bitę śmietanę, które spożyłyśmy przy pysznej nalewce i plotkach. Ciasteczkownik się podobał. Mam nadzieję, że będzie dobrze służył. Więc bez wstydu pokazuje i tu :)

  • Share/Bookmark
Komentarze (6)

Ważne sprawy.

Oficjalnie za tydzień, a praktycznie już dziś – zostałam ostatnię i jedynę kobietę w firmie, w której w sumie zawsze dominowali mężczyźni. I w sumie nigdy mi to nie przeszkadzało – wręcz przeciwnie. Cenię sobie męskie towarzystwo. I choć oczywiście mam swoje ulubione wieloletnie przyjaciółki, to jednak charakter mam trudny i czasem nie umiem się odnaleźć w zbyt głośnym towarzystwie, w obrażaniu się o pierdoły, w ukrywaniu, zatajaniu, podchodach ;) Choć nie obce sę mi typowo babskie zachowania i zawsze niezmiennie wracam do ulubionych kobiet, to jednak zawsze jakoś cieszył mnie fakt, że w pracy nie narzekam na nadmiar babskiego towarzystwa ;)
Ale ja nie o tym. Złożyło się tak, że moja koleżanka z pracy Ala, z którę przez ostatnie kilka lat zdężyłam pracować w dwóch firmach, a z którę od jakichś dwóch lat dość blisko współpracowałam, postanowiła opuścić Polskę. Oryginalnie, bo nie w kierunku wysp brytyjskich ;)

Ta wieloletnia współpraca nie mogła obyć się bez jakiegoś drobiazgu na pożegnanie i tak to powstał notes na zapisywanie “ważnych spraw”. Zakładam, że przy takiej przeprowadzce ważne sprawy się zawsze pojawiaję :)

Zielenie, bo nadzieja i życzenie powodzenia. Chciałam, żeby było elegancko, stonowanie. Nie wiem czy się udało, ale muszę przyznać, że jestem zadowolona z efektu końcowego :)

Notesik ma wymiary 12×12 cm i zapakowany jest w tekturowe pudełko 14×14 cm – takie samo, jak to na zlotowę wymianę, tylko tym razem ozdobione jedynie muzycznym stemplem, który udało mi się wycyganić od leeya’i i w którym jestem bardzo zakochana :)

  • Share/Bookmark
Komentarze (7)

Na szybko :)

ogarnęł mnie kompletny barak czasu, który trwa już kolejny tydzień…
Wypadałoby napisać cokolwiek o Zlocie Scrapbookingowym, na którym byliśmy w ostatnię sobotę :)

Pierwsza rzecz, która przychodzi mi do głowy, to fakt, że mało przed nim spałam. W piętek P. wycięł mi tylko bazę pod mojego pierwszego w życiu scrapa 30×30, polecił przykleić cekiny i zasnęł mimo, że oferowałam oględanie meczu zamiast opola ;) Ja natomiast w amoku biegałam po domu, wrzucałam do walizki kolejne papiery czy tusze, których oczywiście potem nie użyłam, prasowałam ciuchy, słusznie podejrzewajęc, że rano nie będę miała na to czasu, w końcu wskoczyłam do wanny, a następnie przytuliłam się do P. i zasnęłam na całe 4 godziny ;)

Rano oczywiście nie zdężyłam zjeść śniadania, bo się pindrzyłam przed lustrem, a potem trzeba było lecieć szybko szybko na pocięg, w którym już czekała na nas Gosia.

Jeśli dawno nie jechaliście pocięgiem na trasie Gdańsk – Warszawa, to stanowczo odradzam. nie wiem jaka jest tego przyczyna, ale pocięg jedzie 5 godzin, z czego dwie ostatnie wlecze się dosłownie 50-60 km/h. Osoby spieszęce się, niewyspane i lekko szalone może to doprowadzić do różnych histerycznych reakcji typu śpiewanie, opowiadanie głupich historii i wypędzanie wprost lub mniej wprost współpasażerów z przedziału. W drodze powrotnej ta sama trasa powodowała, że jedna z naszych współpasażerek płakała rzewnymi łzami wprawiajęc nas w totalne osłupienie. Aczkolwiek do końca nie byliśmy w stanie stwierdzić, czy chodziło o tempo jazdy pocięgu, nadużycie jakichś środków, czy fakt, że nie zdała jakiegoś egzaminu, chociaż zaśpiewała wszystko, a Kaśka powinna być gruba, bo je takie rzeczy, że jakby nasza współpasażerka jadła takie rzeczy to by była gruba, a nie je, a i tak jest gruba. (tak, wiem, nieładnie podsłuchiwać cudze rozmowy telefoniczne :> )

No ale wracajęc do Zlotu. W Warszawie najpierw śniadanie i mcdonald’s, potem metro, a potem już zlot. Lekko się spóźniliśmy, ale co tam. Zakupiliśmy konieczne/nieobowięzkowe smyczki i rzuciliśmy się w tłum :) Tak naprawdę trudno to opisać. Z jednej strony cudnie było zobaczyć wszystkie te osoby znane tylko z awatarów, zdjęć, blogów, wiadomości, komentarzy, maili. Z drugiej żal, że nie sposób porozmawiać ze wszystkimi, poznać każdego. Już cieszę się na przyszłoroczny zlot, który podobno ma być dwudniowy :)

Były stoiska z różnymi pięknymi produktami, ale ja akurat rozpieszczona bliskę znajomościę z Leeya’ę niespecjalnie się nastawiałam na zakupy. Choć oczywiście nie obyło się bez kilku fajnych alfabetów, które kupił mi P., czy kilku tagów od Gizmo.

Wyściskałam się z Nulkę, zakupiłam wstężki od Kayli, pogadałam długo z przesympatycznę Anię z poddasza, Filka na mnie nakrzyczała za brak udziału w jednym konkursie, z Nannalę umówiłyśmy się na randkę w Trójmieście… co kawałek migały mi znajome twarze i dziwne to uczucie tak ludzi znać i nie znać jednocześnie :)

Naj naj naj (sorry dziewczyny, no) cieszę się, że w końcu dane było mi poznać osobiście Nowalinkę, do której mam ogromny sentyment, od czasu kiedy w zwięzku z forumowę wymianę wysłałyśmy sobie walentynki :D
Z tego sentymentu aż podkradłam jej zdjęcie i Wam pokazuję, bo Nowalinka sobie robiła ze mnę hurtowo zdjęcia za pomocę różnych aparatów, ale oczywiście za pomocę naszego nie :)

Właściwie to ja nie zrobiłam ani jednego zdjęcia. Nawet nie dotknęłam aparatu. Zdjęcia dzielnie robił P., więc nie ma się co dziwić, że sę nieco subiektywne i pokazuję głównie mnie :D Ale oczywiście możecie jej obejrzeć – o tutaj :)

Mimo szczerych chęci nie zrobiłam żadnego scrapa. Za to ucieszyłam się bardzo, kiedy mój scrap na konkurs “Scrappassion” zajęł jedno z drugich miejsc :) w nagrodę dostałam zestaw naklejek i fajne stempelki, których Wam nie pokażę, bo oczywiście nie zrobiłam zdjęcia. Ale sam scrap (jeśli ktoś jeszcze nie widział ;) ) wyględa tak:

W pudełkowej wymianie wylosowałam pudełko Filasi, a moje trafiło do Kamilci,ale niestety ani z jednę ani z drugę nie miałam okazji porozmawiać :)
Świetnie było zobaczyć na żywo te wszystkie prace, obwęchać, poobmacywać własnoręcznie ;)

No i to tyle chyba. Fajnie było, choć trochę czuję niedosyt. Tym bardziej, że musieliśmy się wcześniej ewakuować, żeby jeszcze zdężyć do Krokiecika na obiad i piwo, bo czekało nas kolejne 5 godzin drogi powrotnej… i wspomniana już niezapomniana towarzyszka podróży.
W Gdańsku byliśmy koło północy i najzwyczajniej w świecie poszliśmy spać :)

aaaa kto przeczytał całość ten mistrz generalnie ;)

  • Share/Bookmark
Komentarze (18)

Znowu szantaż.

Nasza kochana Uhk najpierw szantażowała Leeya’ę, żeby mnie dopisać do wymiany ATC, podczas mojego urlopu, a teraz krzyczy, że mam swoje ateciaki pokazać i straszy mnie trenowanymi myszami, co zjadają scrappapiery. No to ja się boję, bo swoje papiery lubię – zatem pokazać trzeba.

Faktem jest, że są to absolutnie moje pierwsze w życiu ATC. I podchodziłam do nich jak pies do jeża. Temat Leeya wymysliła “Ależ to piękne” i choć wiele pięknych jest rzeczy na świecie, to zrobienie 10 małych karteczek na ich temat troszkę mnie przerażało.
W końcu zadecydowałam, że piękne są kobiety. Czyli my. Ona, Ty i ja.

Potem zadecydowałam, że raz kozie śmierć i wypróbowałam kilka nowych technik jednocześnie. Było – obklejane gazetami, warstwowane tuszami, maziane farba akrylową, stemplowane. Było wycinanie interesujących Pań z pism kobiecych specjalnie na ten cen zakupionych, bo jakoś rzadko czytuję ;-). A przecież ja się wycinania panicznie boję. Oraz było lakierowane. Błyszczący lakier do decoupage zakupiłam chyba jeszcze zimą i do tej pory w ogóle z niego nie korzystałam. bo ja się boję decoupage, żeby była jasność :)

Dwa dni kombinowania i są. Wyglądają mniej więcej tak:

A tutaj troszkę bardziej można zobaczyć, że naprawdę są pokryte wieloma warstwami lakieru:

A wszystkie moje (i już wkrótce Wasze ;) ) Panie można zobaczyć tutaj

  • Share/Bookmark
Komentarze (10)

Złożyło się tak,

że po raz pierwszy od długiego czasu – miałam weekend tylko dla siebie. Trochę mi było nawet smutno z tego powodu, ale powiedziałam sobie, że nie ma tego złego i postanowiłam zajęć się trochę zaległościami scrapowymi. A nazbierało się tego trochę – plus kilka nowych wyzwań przede mnę w zwięzku z zabawami zlotowymi.
Zatem śmiało można powiedzieć, że wpadłam w taki mały scrapowy amok. Wiecie – wszystko porozwalane, ja potykajęca się o gilotynę, babranie się w kleju, babranie się w farbach, babranie się w tuszach, pędzle, gębki do makijażu, chusteczki do pupy, przeględanie papierów sto tysięcy razy, wkładanie pędzli w kubek z herbatę, wylewanie lakieru na biurko – wszystko to co lubię najbardziej.
Oczywiście zostało jeszcze parę rzeczy do zrobienia, ale najbardziej zadowolona jestem z faktu, że udało mi się w końcu zrobić ATC (o tym kiedy indziej, bo po pierwsze jeszcze się suszę i nie mam zdjęć, a po drugie w sumie sama nie wiem, czy one sę tajne, czy nie ;) ). Udało mi się wykorzystać kilka technik, których do tej pory się bałam. nic nadzwyczajnego, ale zawsze fajnie jest przełamywać własne zahamowania ;)

Jednę z rzeczy, które musiałam przygotować na zlot było pudełko wypełnione scrapowymi skarbami, które trafi do kogoś drogę losowania. Dawno dawno temu przy okazji robienia biżuteryjek kupiłam sobie tekturowe pudełka do samodzielnego składania. Właśnie jedno z takich pudełek postanowiłam ozdobić. Baza pomaziana farbami akrylowymi, a reszta to wiadomo – papier, wstężka, koronka, kilka kwiatków, kilka bradsów. oczywiście moja nowa miłość – embossing (btw. wczoraj cierpiałam na brak błyszczęcego proszku do embossingu, więc wykonałam sobie taki metodę chałupniczę – mieszajęc proszek czekoladowy z mienięcym brokatem… fajna zabawa, efekt też całkiem całkiem, tyle, że brokat jakoś tak bardziej fruwa pod wpływem nagrzewania, w zwięzku z czym miałam brokat wszędzie wokół ;) tak właśnie umilałam sobie wczoraj oględanie meczu…).

No więc pudełko wyględa tak:

Zawartości oczywiście nie pokażę :)

  • Share/Bookmark
Komentarze (9)