anai – making my things public


Archiwum March, 2009

Póki mi starczy sił ;)

Będę marzyć i będę żyć
Czasu jest coraz mniej
Więc wykorzystać chcę każdy dzień…

Króciutko, bo czasu mam ostatnio naprawdę naprawdę niewiele.

Po pierwsze – w sobotę na art-piaskownicy pojawiła się pierwsza przygotowana przeze mnie edycja cardliftu. Praca nad tym liftem była dla mnie niezwykle przyjemna, choć też i w pewien sposób trudna – nieczęsto bowiem zdarza mi się robić tak “czyste” prace :)
Mam nadzieję, że przygotowane przez nas kartki zachęcą Was do udziału w zabawie :)

A wczoraj… kolejny koncert. Na koncercie Ani Dąbrowskiej byliśmy w sumie niedawno, bo w listopadzie. Ale taki już mój urok chyba, że ja lubię chodzić tylko na niektóre koncerty, ale za to wielokrotnie ;)
Znów klub Parlament; znów przed koncertem mała posiadówka w PiKawie; znów moje ulubione miejsca widokowe… I może tylko Magdy mi brakowało do zachowania tradycji, ale zobaczę się z nią już w środę :)
Koncert oczywiście bardzo udany. Był też na swój sposób wyjątkowy, bo materiał na nim nagrany ma się znaleźć w teledysku do pewnej piosenki, którą darzę ogromnym sentymentem. Choć u Ani Dąbrowskiej akurat takich piosenek jest sporo ;)

Miłego dnia :)

  • Share/Bookmark
Komentarze (7)

Dreams…

Kolejna kartka z łańcuszka liftowego. tym razem liftowałam UHaKa i było to bardzo przyjemne zajęcie. A było to jakby nie patrzeć 3 tygodnie temu… Trochę mam opóźnienia ostatnio chyba ;)

Kartka jaka jest każdy widzi :) Papier bazowy z K&Company jest fragmentem mapy – wymyśliłam więc sobie, że to będzie taki trochę ukryty motyw przewodni właśnie – marzenie o podróżach.
Motyw wokół kółka ponownie rozrysowany w komputerze, wydrukowany i wycięty. Wyszedł co prawda fioletowy, ale od czego są tusze ;) Coraz więcej mam odwagi w mieszaniu technik i wymyślaniu nowych rzeczy, których kiedyś może nie wiedziałabym, jak zrobić. Bardzo się z tego cieszę :)

  • Share/Bookmark
Komentarze (8)

Mówią źle, mówią zły, mówią wariat…

Znowu to mam – chciałam dużo napisać, ale gdzieś mi się słowa rozmyły. Muszę przetrawić parę rzeczy sama ze sobą. Oswoić się z wiadomościami, których nie chcę. Podjąć decyzje. Zacząć działać. Poczekać aż stopi się ten świeżutki nikomu nie potrzebny śnieg. Znaleźć wiosnę i nowe siły. Znaleźć więcej czasu przede wszystkim! Czasu mam znów na wszystko za mało.

Swoją drogą – czy Wy też macie tak, że kiedy jest czas, to nie ma natchnienia? A kiedy jest coś pilnego do wykonania na zaraz, to właśnie wtedy pomysłów najwięcej? Robię teraz 3 większe rzeczy jednocześnie… nie to, żebym narzekała, nie nie. Po prostu nie istnieją w tym tygodniu wolne popołudnia, a na sen musi wystarczyć np. 5 godzin ;)

Ale w poniedziałek było inaczej. Poniedziałkowy wieczór należał do 5 chłopaków z południa Polski, w których zakochałam sie hurtem kilkanaście lat temu. Nie przeszło mi do dziś :) Mam masę wspomnień związanych z ich muzyką, z koncertami, z moimi kolejnymi chłopakami, którzy albo tę muzykę lubili, albo wręcz nienawidzili ;-) P. na szczęście podziela moją miłość. I słusznie. Wszak gdyby nie jeden z koncertów Myslovitz, może wszystko potoczyłoby się inaczej :)
Zespół po rocznej przerwie wrócił do koncertowania z energią chyba większą niż kiedykolwiek. Nie umiem nawet policzyć koncertów, na których byłam, a jednak mam wrażenie, że ten był najlepszy (może zawsze najlepszy jest ten ostatni? ;) ). No może poza koncertem z Leszkiem Możdżerem, ale ten był po prostu wyjątkowy :) W poniedziałek było zdzieranie gardła, wzruszenie, śmiech i ciarki na plecach. Z niecierpliwością czekam na następne koncerty.

  • Share/Bookmark
Komentarze (5)

Kraków jeszcze nigdy tak jak dziś…

(oczywiście, że tytułem notki miało być “A w Krakowie na Brackiej”, ale jak ktoś nie ma czasu notki napisać, to potem jego pomysły są już bardzo nieoryginalne ;) )

Ale po kolei :) Kilka tygodni temu Nowalinka zapytała mnie, czy nie chciałabym przyjechać na scrapowe spotkanie do Krakowa. Pojechać na kilka godzin z Gdańska do Krakowa? żeby się spotkać z innymi scraperkami? Pomysł lekko szalony, prawda? Hmm… Najpierw myślałam o weekendowym wyjeździe z P. Później wielokrotnie zastanawiałam się, wahałam, zmieniałam zdanie. Kiedy jednak okazało się, że wybierają się również dziewczyny z Warszawy – plan sam urodził się w mojej głowie. I tak to w ciągu niecałych dwóch dni spędziłam 16 godzin w pociągach :)

Wyruszyłam w piątek rano – do Warszawy. Tam spotkałam się z moją warszawską M. – standardowo plotki, opowieści, dobre jedzenie i rewelacyjna gościna. W sobotę wczesnym rankiem wyruszyłam w kierunku dworca, gdzie umówiona byłam z Finn, Agnieszką Anną i Karolą. Ach, któż by nie chciał podróżować w takim towarzystwie? Dla mnie to była mega przyjemność. Zwłaszcza obserwowanie AA przy pracy :)
Podróż minęła nadzwyczaj szybko i kiedy nagle pociąg się zatrzymał – ze zdziwieniem odkryłyśmy, że to już Kraków :)

Spotkanie było urocze. Oczywiście z połową osób nie zdążyłam porozmawiać. Oczywiście było mi strasznie miło, kiedy ktoś w ogóle mnie rozpoznawał :) Oczywiście emocji, rozmów i śmiechu było mnóstwo. I oczywiście kiedy dziewczyny robiły sobie pod knajpką sesję zdjęciową z Panem Grzegorzem T., to ja sobie w najlepsze gadałam w środku z cudowną Mamami ;) Chyba po prostu taki już mój charakter i na gwiazdę się nie nadaję ;)

Dziękuję wszystkim razem i każdej z osobna :) Naprawdę potrzebny był mi ten wyjazd i mimo, że ledwo zdążyłyśmy z Karolą na pociąg i wróciłam do Gdańska zmęczona i głodna, to naładowałam się masą cudownej energii, poznałam osoby, które podziwiam i takie, które dopiero podziwiać zacznę (szczerze – wciąż czuję, że mam za mało czasu, że nie nadążam z czytaniem blogów, zaglądaniem do galerii, dodawaniem nowych linków… czasem strasznie mi z tego powodu głupio) – zdecydowanie takie spotkania są potrzebne i nigdy czytanie czyichś notek nie zastąpi rozmowy w cztery oczy :)

Nie zrobiłam ani jednego zdjęcia… Ale pokażę Wam kilka podkradzionych Finn (oczywiście za jej zgodą :) )

A na art-piaskownicy nowe wyzwanie. Tym razem trzeba było przygotować pracę według podanych w przepisie składników: gazeta, sznurek, coś puncherowego, maksymalnie 3 kolory.
Ja oczywiście stworzyłam kartkę. Kartka ta na krakowskim spotkaniu trafiła w ręce Aliny, która jest niesamowitym wulkanem pozytywnej energii :)

  • Share/Bookmark
Komentarze (10)

Do you wanna play?

Jeśli mówiłam, że wyzwania liftowe rozwijają kreatywność i warsztat, to mówiłam z własnego doświadczenia :)

Prawie 3 tygodnie temu w naszym cardliftowym łańcuszku Katasiaczek podesłała mi kartkę, po której udało mi się rozpoznać liftowany oryginał :) Pewnie dlatego, że autorką była baaaaardzo przeze mnie podziwiana Beata Ewa. Wyzwanie cudne, przyznaję, ale też wymagało ode mnie niezłego nakładu pracy. Najpierw pół dnia spędziłam na poszukiwaniu w internecie elfów. albo wróżek. albo czegoś w tym stylu. Bo u Katasiaczka na kartce raźno szedł sobie zielony elf. albo wróżka? Nie mam dzieci, więc nie mam dziecięcych książek, które można by niecnie zniszczyć. Nie mam też wróżkowych stempelków… W zasadzie żadne postaciowe stemple nie były mi do tej pory potrzebne…
Nie były to łatwe poszukiwania. I pewnie nawet nie zdajecie sobie sprawy ile cycatych elfów przy okazji oglądałam. Już nawet rozważałam zrobienie kartki w stylu erotycznym ;)
Potem jednak tknęło mnie na zdjęcia starociowe. W trakcie poszukiwań byłam już o krok od wykorzystania zdjęcia mojej babci z czasów dzieciństwa… Na szczęście flickr stanął na wysokości zadania i pamiątki rodzinne pozostały nietknięte ;)

Kolejne kwestie problematyczne to falbanka wokół brązowego kółka (ręcznie wytłaczane, co oczywiście słabo to widać na zdjęciach :>) i listki… Tak… Jakoś tak nigdy nie kręciły mnie listkowe dziurkacze. A bez listków to by nie było to samo. W lifcie łańcuszkowym staram się zawsze być dokładna – ze świadomością, że jeśli ja coś pominę w swojej pracy, to już nie będzie tego elementu u następnych osób… Oczywiście elementy giną tak czy inaczej, ale zawsze na początku łańcuszka czuję tę wielką odpowiedzialność :)
Tutaj wspólnie z P. wykorzystaliśmy po raz kolejny komputer. P. rozplanowywał kółka, ja narysowałam listki. Potem pozostało ich wydrukowanie i mozolne wycinanie.

Tak… Liftowanie uczy cierpliwości i pokory, ale też jest to jedna z tych prac, które cenię sobie ogromnie. Uwielbiam wpadać w ten stan, kiedy nie odpuszczam, dopóki nie jestem zadowolona :)

Efekt końcowy wygląda tak:

Mam wrażenie, że nadąsana dziewczynka jeszcze się pojawi w moich pracach. Jakoś tak chyba odnajduję w niej siebie ;)
A jutro nadąsana dziewczynka nie idzie do pracy, tylko rusza w Polskę i baaaardzo się na ten wyjazd cieszy ;)

  • Share/Bookmark
Komentarze (9)