23 rzeczy, które chciałabym dostać na urodziny – vol. 2

W zeszłym roku na fali pytań typu „co chciałabyś dostać na urodziny” postanowiłam przygotować sobie i najbliższym urodzinową wish-listę. Okazała się ona strzałem w dziesiątkę i fajną prezentową inspiracją – nie tylko na urodziny.

A ponieważ znów mamy grudzień, a rzeczone pytanie padło już kilka razy – postanowiłam przygotować nową listę. Przyznaję – kilka rzeczy przywędrowało tu z listy zeszłorocznej. Ale większość jest całkiem nowa. Przygotowanie takiej listy to całkiem fajne ćwiczenie, które pozwala też uporządkować nieco w głowie. Zdecydowanie polecam.

Z jakiegoś powodu na mojej wish-liście króluje w tym roku kolor czarny. Nie jest to jednak oznaka smutku. Wręcz przeciwnie – to takie może trochę wyciszenie, trochę spokój, a trochę kobieca elegancja. Zresztą akurat w czarnym wyglądam wyjątkowo dobrze.

Czytaj dalej „23 rzeczy, które chciałabym dostać na urodziny – vol. 2”

23 rzeczy, które chciałabym dostać na urodziny – vol. 2

Zimowe świeczniki / Szyszkowe szaleństwo

Och, dziś chwalę się bezczelnie trochę. Bo mi wyszło! Bo jestem dumna i zadowolona! No dobra… Wiadomo przecież, że zwykle staram się być zadowolona ze swoich prac, ale teraz faktycznie jestem zadowolona tak wyjątkowo, bo to taki bardzo osobisty projekt. Przemyślany, zaplanowany, robiony etapami. Czasochłonny – owszem. Ale to chyba też ten element, który przynosi dodatkową satysfakcję. Bo jak się włożyło dużo pracy, to fajny efekt końcowy cieszy jeszcze bardziej!

A było to tak, że jakoś mi się tak chciało świątecznych dekoracji, ale takich nieoczywistych – żeby nie było, że choinka, że święta, że mikołaj itp. Takie dekoracje też są spoko rzecz jasna, ale tym razem chciałam coś takiego typowo „home decor”. Coś, co może umilać wieczory niekoniecznie tylko w grudniu. Oczywiście przejrzałam cały pinterest i gdzieś mi tam zaczęły kiełkować różne nowe pomysły i sklejać się w całość z takimi, co już dawno je miała w głowie. Pomysł na oszronione świeczniki to mi tak w sumie gdzieś już od roku kiełkował… Na drewniane pudełka z napisami miałam fazę wiosną i latem. Teraz doszły do tego szyszki. A potem mech, który od dawna mi się podobał, ale jakoś nie miałam konkretnego pomysłu na jego zastosowanie.

Podumałam, pomyślałam, poszukałam, pokonsultowałam trochę z K. jako człowiekiem o zdecydowanie bardziej inżynierskim umyśle niż mój. I stworzyłam od zera w sumie, bo nawet skrzyneczki zaprojektowałam sobie i skleciłam sama. (Tak, wiem, że są mega proste i to żadna filozofia. I nie – nie przycinałam deseczek sama. Zamówiłam na wymiar. Ale i tak mam mega satysfakcję. O!)

Potem było szlifowanie, bejcowanie, malowanie, lakierowanie. Była wielka paczka szyszek z internetu, co przyszły do mnie niczym niezabezpieczone i trochę się wysypywały panu kurierowi z kartonu… Było klejenie. Dużo duuuuuużo klejenia. Tak dużo klejenia, że aż się dorobiłam na dłoni odcisków od pistoletu do kleju na gorąco.
Ale jaka satysfakcja! Jaka radość. Że wyszło ładnie, że cieszy oko, że po zapaleniu wieczorem wygląda przepięknie. Że cieszy obdarowanych! Ach! No nie ukrywam – cieszę się z tego projektu jak dzika i duma mnie rozpiera.
Póki co powstało 5 takich stroików. Oczywiście jak to z rękodziełem bywa – każdy trochę inny. A że została mi jeszcze skrzynka szyszek, to czuję, że kilka twórczych grudniowych wieczorów jeszcze przede mną.

[A gdybyście chcieli poczytać więcej o wykorzystanych mediach – co z czym i dlaczego, to zapraszam na bloga Decoratorium. Mówię wprost – ta współpraca cieszy mnie szalenie, bo w ich mediowej ofercie co i rusz odkrywam coś naprawdę świetnego.]


Czytaj dalej „Zimowe świeczniki / Szyszkowe szaleństwo”

Galeria

Listopadowa choinka

Tak sobie myślę, że to naprawdę ewenement. Że ja te „przygotowania” przedświąteczne już  teraz – w pierwszej połowie listopada czynię. Że mam jakieś takie świąteczne ozdoby zrobione (już trzy!), że intensywnie rozmyślam o kartkach, że nawet już jakieś zakupy prezentowe – no może nie na święta, bez przesady, ale na mikołajki to już tak.
Przyglądam się sobie z ogromnym zainteresowaniem i rozbawieniem.
Zakładam jednak, że w sumie to całkiem spoko, że sama siebie umiem zaskakiwać na stare lata.
W weekend ostatnio  na przykład robiłam pizzę. Własnymi ręcami. Nie to, żeby to było jakieś mistrzostwo świata. Nie to, żebym jakoś koniecznie pragnęła pizzy. Nie to, żebym nie znała adresów kilku zajebistych pizzerii w Gdańsku na wypadek, gdybym faktycznie jednak bardzo pizzy pragnęła… Zdecydowanie wiem, gdzie się udać w takiej sytuacji i zdecydowanie wolę sprawę zostawić fachowcom. Ale czasem warto tak coś zrobić inaczej – nie tylko dla siebie. Nawet jeśli na logikę, to nie ma za dużo sensu.  Nawet jak się nie bardzo umie. Może się bowiem okazać, że się przy okazji człowiek czegoś nauczy. O.

No ale dość już o pizzy i tych wspaniałych przemianach we mnie. O choince miało być bowiem przecież. Historia jest taka, że od pięciu lat nie mam na święta choinki, bo mieszkani za małe, bo koty,  bo nawet nie mam balkonu, żeby potem na nim trzymać tę choinkę do wiosny… No jakoś mi się tak nie chciało i żyłam bez. W zeszłym roku już miałam trochę pomysł, że może jakąś taką drewnianą dizajnerską, co to ma półeczki, na której można poustawiać świeczuszki, czy inne pierdoły.
I jakoś tak, jak byłam w Poznaniu i w ręce mi wpadły choinkowe bazy z HDF, to zaświtała mi w głowie myśl, że może bym sobie taką choineczkę przyozdobiła i miała. No to mam.

Taka jest trochę nawet niby drewniana. Trochę śniegiem obsypana. Trochę się iskrzy i pobłyskuje. Trochę świętami pachnie. Całkiem fajna z niej choinka!

[Baza choinki jest z Artistiko. Wszelkie inne dobra z Zielonych Kotów. A media głównie z DecoArtu]

Czytaj dalej „Listopadowa choinka”

Obrazek

Świąteczna ramka z pingwinem! A co :)

Czy mi się zdaje, czy już trochę pachnie świętami?
Pytanie tylko pozornie jest niestosowne na początku listopada. Oczywiście następuje tu pewien skrót myślowy, gdzie „świąteczna atmosfera” oznacza tak naprawdę głównie klimat ZIMOWY. Te wszystkie przygotowania, pachnące domostwa, korzenne zapachy, rozgrzewające smaki, światełka itp. Czytałam ostatnio dziwną dyskusję na temat „jak powinny wyglądać kartki świąteczne” i troszkę się pod nosem uśmiechałam, że też się ludziom chce tworzyć takie dziwne problemy… Nie będę się zagłębiać zbytnio w temat, co dla kogo oznaczają święta i komu wolno, a komu nie wolno ich obchodzić, a także czy ramka z pingwinem w czapce i szaliku jest świąteczna czy może jednak zimowa i koło świątecznej to ona nawet nie stała. Dla mnie jest świąteczna i tyle. Moja ramka, mój blog, moje zasady, prawda?

A wracając do świątecznych zapachów. Mnie ostatnio zdrowo wzięło na pierniczki – póki co nie piekę, póki co tylko o nich myślę, ale to i tak duuuużo wcześniej niż zwykle. Oraz kupiłam karmelową herbatę. Jak kupuję karmelową herbatę, to znaczy, że już zbliża się ten czas. Czas korzennych zapachów, czas kuchennych przygotowań, przyozdabiania domu, ciepła świec.
(A jakie pyszne curry ugotowałam wczoraj! OMG! ale hmmm… o świętach być miało…)

Na gdańskich warsztatach niedawno pewna cudna Kasia, która jest takim moim dobrym duchem – uważnym, ciepłym i pełnym wsparcia, powiedziała mi, że wyczuwa, że się cieszę na te święta i że w zeszłym roku tak nie było. I tak się cały czas zastanawiam – same święta nie mają dla mnie jakiegoś wielkiego znaczenia, ale przygotowania, grudniowy klimat, moje urodziny (no kto to widział, żeby się rodzić 23 grudnia…) już TAK. Co roku staram się jakoś tam celebrować ten grudzień i cieszyć się tym przedświątecznym czasem. Tak dla siebie. Na pewno ma to spory związek z faktem, że jak się ma urodziny dzień przed wigilią, to imprezy urodzinowe nie mają dużego sensu, prezentów jest mniej, bo często są wspólne „urodzinowo-świąteczne”, a zdarza się, że w szale przygotowań i zabiegania – ludzie po prostu nie pamiętają. I o ile  jako stara już dość baba doskonale rozumiem, że urodziny to wcale nie jest najważniejszy dzień w roku, o tyle lubię też wciąż pielęgnować tę małą dziewczynkę w sobie, a ta mała dziewczynka to miała jednak z tymi urodzinami trochę przerąbane. Więc tak – będę sobie celebrować grudnie dopóki mi się będzie chciało.
I – kończąc tę przydługą dygresję – faktycznie w zeszłym roku ten czas był raczej trudny i przeżyty raczej w formie niemalże snu zimowego niż jakichś wielkich radości.
A teraz proszę – pierwsze „przygotowania” zaczęłam pod koniec października. Człowiek to jest jednak dziwne stworzenie. O!

No więc – oto ramka. Ramka jest świąteczna tudzież zimowa – pachnąca cynamonem i anyżem, skrząca śniegiem i brokatem, nieco mroźna, ale jednocześnie słodka. Pierwsza z kilku, bo już wiem, że będę takich ramek przygotować więcej dla znajomych.
(A po cichu podpowiem, że pod koniec listopada będzie można takie ramki zrobić razem ze mną. W Gdańsku. W Zielonych Kotach oczywiście. Szczegóły wkrótce)

Czytaj dalej „Świąteczna ramka z pingwinem! A co :)”

Obrazek

W czasie choroby księżniczki się nie nudzą

Whoa!

No takiego czerwca to jeszcze chyba nie miałam. Wiem, wiem – słońce, pogoda, lato prawie. A ja? Trzy tygodnie chorowania za mną, drugi antybiotyk i generalnie jakaś totalna masakra. Ale – być może rację ma D. – moja ostoja spokoju i dobrego humoru, gdy mówi mi, że mam teraz wakacje i że mój organizm sam w końcu głośno powiedział, że potrzebuje odpoczynku. Oj tak. Daaaaawno tak nie odpoczywałam jak ostatnio!

Ale – okazało się też, że jak człowiek tak siedzi uwięziony w domu, niczym ta księżniczka w wieży, i jak już trochę może znowu ruszyć ręką czy nogą, to może się w końcu zająć rzeczami, na które tak jakoś od dawna brakowało czasu.

Na przykład zrobić porządki w komputerze

Czy wiesz, że jestem mistrzem świata w zapychaniu komputera? Tysiące zapisanych plików, tysiące rozpoczętych projektów, programy instalowane na próbę, z których wcale nie korzystam, mailowe archiwa, do których nigdy nie zaglądam, miliony zapisanych zakładek, kilkadziesiąt otwartych stron w przeglądarce, notorycznie pootwieranych kilkanaście programów jednocześnie – to właśnie ja… Czytaj dalej „W czasie choroby księżniczki się nie nudzą”

Film

Miętowa skrzynka na przydasie

anai decoupage transfer farby kredowe
Nowy gadżet w mojej pracowni

Wiosna! Wiosna przyszła. Przysięgam – dokładnie tydzień temu wyciągnęłam na nowo z szafy puchówkę, bo padał śnieg… I nagle niepostrzeżenie nie wiadomo kiedy przyszła księżniczka wiosna i wygląda na to, że już zostanie. Mój Gdańsk to na co dzień ścisłe centrum miasta – tu mieszkam, tu pracuję, tu codziennie „potykam się” o turystów. Tym bardziej więc odczuwam tę nagłą zmianę. Ja do tematu podchodzę ostrożnie – jeszcze długaśny sweter na wypadek nagłego ochłodzenia, jeszcze apaszka na moje nadwrażliwe gardło. A tymczasem ludzie mijani na ulicy zachowują się jakby to była pełnia lata. Krótkie rękawki, krótkie spodenki, gołe nogi. Patrzę z podziwem i pewnym niedowierzaniem. Doprawdy – nie do końca umiem się odnaleźć w świecie, w którym jednego dnia jest listopad, a drugiego lipiec…

Ale - dobrze mi z tym. Niech trwa!

A tymczasem – przed weekendem poprowadziłam kolejne warsztaty scrapowe w Gdańsku i było tak cudnie, tak kreatywnie, miło, dziewczyńsko! Uwielbiam moje kurstantki, a najbardziej uwielbiam to, że chcą do mnie wracać. To jest dla mnie naprawdę wspaniała przygoda – wyjście do ludzi, dzielenie się doświadczeniem, wspieranie, przyglądanie się jak pod moim okiem rozkwitają indywidualności i wymienia się dobra energia. Bardzo to lubię! Czytaj dalej „Miętowa skrzynka na przydasie”

Obrazek

Nazywam się niebo

Wiesz jak to ze mną jest – jak cisza, to cisza, a potem jak ruszam, to z przytupem. No to są – dwa scrapy pod rząd i w dodatku obydwa z tym samym zdjęciem, choć różne. Tak mnie jakoś natchnęło.
Dzisiejszy scrap to efekt mojej nowej współpracy – od tego miesiąca dołączyłam do Craft Teamu sklepu wycinarnia.pl.

Cieszę się z tej współpracy szalenie! Ja i mój nowy nabytek (ploter Cameo) dogadujemy się znakomicie i głowa aż mi buzuje od nowych pomysłów. W końcu mogę sobie poszaleć z tworzeniem własnych dodatków, a ścieżek kreatywności jest jeszcze więcej niż wcześniej.

Przy okazji tworzenia tego scrapa nakręciłam też kolejny filmik z serii „anai lubi komputery” – znów o Silhouette Studio, ale w przyszłości planuję też sięgnąć po Photoshopa czy Gimpa.
A tymczasem – jeśli masz ochotę zobaczyć jak powstają die-cuty, takie jak piórka w powyższym scrapie – obejrzyj filmik. Nie jest wcale tak strasznie długi…

Inspiracją muzyczną w tym przypadku była oczywiście piosenka „Nazywam się niebo” Natalii Przybysz i tu nakłada mi się w głowie tysiąc skojarzeń i historii – łącznie z koncertem z 2015 roku, który był jednym z najładniejszych, na jakich byłam. Czytaj dalej „Nazywam się niebo”

Film

Here we go! (akwarelowy scrap + warsztaty w Gdańsku)

Tak to w życiu bywa – coś się kończy, coś zaczyna.
Dzisiejsza praca to pożegnanie z Creative Team’em Studio Forty. Cudne stemple tego polskiego producenta dalej oczywiście będą gościć w moich pracach, bo bardzo je lubię i cieszę się bardzo, bo ta współpraca otworzyła mnie na nowo na używanie stempli, których przez długi czas w moich pracach po prostu nie było. Ale na mnie czekają już nowe drogi i wyzwania.
Sama praca zaś to kierunek, z którym mi ostatnio bardzo po drodze – białe tło, akwarele, lekkość, subtelne muśnięcia mediami, delikatność. Bez kwiatów i mocno przestrzennych dodatków. Taki kaprys! Kobieta ma wiele twarzy w końcu.
A na zdjęciu kobiety dwie – Magda i Klara. Tak mnie urzekło to zdjęcie, że musiałam je oscrapować natychmiast.

Czytaj dalej „Here we go! (akwarelowy scrap + warsztaty w Gdańsku)”

Obrazek