Wieczór na planecie Miłość

planeta

Czy Ty również masz tak, że taki październik, co w zasadzie wygląda jak listopad, a nastąpił praktycznie zaraz jakby po czerwcu, totalnie wyłącza Ci prąd?
Mnie trochę tak.

Miotam się...

Najchętniej bym spała, jadła, leżała pod kocykiem i generalnie trwała tylko w trybie stand-by… optymalnie tak gdzieś pewnie do marca – z ewentualną małą przerwą na końcówkę grudnia. Zapadnięcie w sen zimowy wydaje mi się nader kuszącą propozycją i jedynie obowiązki związane z pracą mnie przed tym powstrzymują. Pogoda mnie nie rozpieszcza, wciąż jest mi albo za zimno, albo za gorąco; nie przepadam za grubymi swetrami i warstwowym ubieraniem. Męczą mnie czapki i szaliki i zmiany temperatur przy wchodzeniu do sklepów czy środków komunikacji miejskiej. Zdecydowanie moim żywiołem są gołe nogi, balerinki i letnie sukienki.
Zdążyłam już tej jesieni rozchorować się paskudnie i wciąż jeszcze nie doszłam do siebie. Więc tak. Przesilenie jesienne na maksa i pragnę tylko leżeć w ciepełku i zużywać jak najmniej energii. Czytaj dalej „Wieczór na planecie Miłość”

Obrazek

Życiowe słodkości

sweet

Trochę na przekór sobie postanowiłam, że wrzesień będzie miesiącem bez słodyczy. Zainspirował mnie wrzesień zeszłoroczny, podczas którego ochoczo dołączyłam do identycznego postanowienia mojej (przesłodkiej nawiasem mówiąc) Anity. W praktyce zasady wyglądały tak, że „nie wolno” mi było jeść słodyczy w pojedynkę, ale z kimś na mieście już na przykład tak. Chociażby z grzeczności przecież… Nie wypada nie jeść słodyczy, gdy inni jedzą, prawda? Były też pewne teorie na temat tego, że połowa września, to już taki mały październik, więc można…

Ale do rzeczy...

Generalnie do słodyczy stosunek mam dość luźny. Przez większość swojego dotychczasowego życia uwielbiałam dobre słodycze (co nie znaczy, że wszystkie) i nigdy nie istniało dla mnie pojęcie „za słodki”. To się akurat nieco zmieniło. Jem słodycze oczywiście dużo rzadziej niż kiedyś, ale nadal – jeśli mam na nie ochotę, to staram się z tym jakoś drastycznie nie walczyć. Ale też z drugiej strony staram się nie iść na łatwiznę – mówię sobie na przykład „Spoko. Możesz zjeść tort czekoladowy, jeśli to sprawi Ci przyjemność i naprawdę czujesz, że jest Ci to potrzebne. Ale w takim razie niech to będzie do cholery najlepszy tort czekoladowy, jak uda Ci się znaleźć”. W mniej więcej 3 przypadkach na 5 – okazuje się, że jednak nie chce mi się szukać.
Nieco gorzej wygląda sprawa z lodami. Uwielbiam lody, a w mojej okolicy otworzyły się tego lata co najmniej dwie cudne lodziarnie. Ale – tego września lodów także staram się unikać i na szczęście póki co sztuka ta mi się udaje.

Czytaj dalej „Życiowe słodkości”

Obrazek

Kobieta pracująca

Któż nie pamięta genialnej Ireny Kwiatkowskiej w „Czterdziestolatku”? Podobno kobieta pracująca żadnej pracy się nie boi. Ja czasem się boję… przyznaję. W pracy zawodowej zdarza mi się to już na szczęście rzadko, ale owszem – czasem zadrżę niepewnie na myśl o zmianach. Boję się też trochę, gdy spadają na mnie obowiązki, których zwyczajnie nie lubię. Znasz to? Wierzę w kompetencje zawodowe. Mam naprawdę sporo cennych cech, które w pracy mogą się bardzo przydać… ale są też niestety zadania, do których kompletnie się nie nadaję, które mnie męczą, nużą i sprawiają, że mam ochotę natychmiast się teleportować gdzieś tam hen daleko… Wtedy faktycznie pojawia mi się czasem mini-strach.

W życiu prywatnym?

Mało jest prac domowych, których się boję. Niespecjalnie lubię zmywać naczynia, a moja mama nadal uważa, że jestem największą bałaganiarą na świecie… ale prawda jest taka, że w ostatnich latach poczyniłam w tym zakresie ogromne postępy. Zmywarka wciąż jest w planach na przyszłość, ale nie ustaję w wierze, że się spełni.
No – może jeszcze tylko z prądem nie chcę mieć nigdy do czynienia. A! I sprzątanie w ciemnej piwnicy pełnej pająków… tak – to mógłby być chyba mój limit wytrzymałości. Szczerze mówiąc – nigdy jeszcze nie byłam zmuszona tego sprawdzać. Na szczęście!

29458971805_3026c5407d_b Czytaj dalej „Kobieta pracująca”

Obrazek

Nocne rozmowy i podążanie za marzeniami

1

Wracałam dziś w nocy do domu Uberem. Myślę, że można śmiało powiedzieć, że jestem uberową fanką, mimo pewnych problemów i niedociągnięć. Nie znalazłam jeszcze nic lepszego i póki co na pewno z uberem pozostanę. Z rzeczy, które mi się szalenie podobają – na przykład system oceniania kierowców. To miłe, że mogę mieć jakąś własną opinię na temat każdego przejazdu, a przy okazji na pewno jest to samo w sobie świetną motywacją dla kierowców, żeby być dla klienta miłym. A zazwyczaj bardzo mili faktycznie są. Żeby była jasność – o ile mi wiadomo jest też system oceniania klientów i ta opcja również podoba mi się bardzo.

Z oceną kierowcy z dzisiejszego kursu tym razem mam pewien problem, bo faktem jest, żeśmy się cholernie mocno nie zgrali… Ja byłam wyjątkowo ewidentnie śpiąca i milcząca, Pan O. natomiast zupełnie wręcz przeciwnie. Rozmowa nam się nie kleiła kompletnie, czułam się momentami jakbym była w ukrytej kamerze, a jednocześnie chyba zwyczajnie zabrakło mi jaj, żeby powiedzieć „Panie O., proszę nie odbierać tego osobiście, ale nie mam dziś ochoty na rozmowy. Chciałabym tylko tak pomilczeć sobie z uśmiechem na ustach”. Jechaliśmy więc przez miasto nocą, a ja zmuszałam się do zdawkowych monosylabicznych odpowiedzi, myślami błądząc zupełnie gdzie indziej… A trzeba przyznać, że listę pytań Pan O. miał imponującą i absolutnie się nie zniechęcał moim brakiem zaangażowania w rozmowę.

I jak Pani Anno, weekend udany?

„I jak Pani Anno, weekend udany?”
„A co Pani porabiała?”
„Pani Anno, a rano idzie Pani do pracy?”
„Na którą?”
„Do piętnastej?”
„A długo już Pani pracuje w tej firmie?”
„A na urlopie gdzie Pani była?”
„Pani Anno, a ma Pani jakieś dzieci?”
„A kwiaty jakie są Pani ulubione?”
„A ma Pani jakieś zwierzątka?”
„Jakie?”
„A jak się wabią?”
„Pani Anno, a poza pracą ma Pani jakieś hobby?”

Czytaj dalej „Nocne rozmowy i podążanie za marzeniami”

Obrazek

Różne sprawy na R

Świetnie – brawo! Dobry nowy początek zaowocował świetną reakcją, wieloma emocjonalnymi wiadomościami (nawet ze stron zupełnie zaskakujących i niespodziewanych) oraz wspaniałym poczuciem, że oto wkraczam na dobrą drogę. Dzięki!

A potem w mój świat wkroczył Remont...

W zasadzie to tak tylko troszkę chciałam pomóc, jak to ja. Wiadomo. Dobra ze mnie dziewczyna, angażuję się, znam się na wielu rzeczach, a nawet gdy na czymś się akurat nie znam, to przecież szybko się douczę. Serio – zwykle tak to u mnie działa.
Może kolor farby mogłabym wybrać, a może wymyślić nowe oświetlenie, może ugotować coś ciepłego, skoro kuchnia nieczynna.

A później… A później to już poszło po całości. Bo jak to tak – patrzeć tylko jak inni pracują?! W końcu na pewnych sprawach się znam. Umiem malować i pędzlem i wałkiem, taśma malarska nie jest mi obca. Okazało się, że umiem też wymyślić w jaki sposób odtworzyć gipsową teksturę, szalenie się ekscytuję cekolowaniem (Tak wiem! Mądrzejsi koledzy już mi wytłumaczyli, że nie ma czegoś takiego jak „cekolowanie”) i w ogóle – remont to trochę jakby mój żywioł. Takie zabawy plastyczne w większym formacie skutkujące świeżą i czystą powierzchnią mieszkalną – szalenie ekscytujące!

Nie straszny mi pył i brud i skóra w białe kropki z farby. Wczoraj cekolowałam (!) pół ściany i rozmyślałam sobie w trakcie jakie to szczęście, że kilka lat temu miałam chwilową i czysto teoretyczną fazę na dekorowanie tortów. Obejrzałam wtedy zylion filmów na ten temat i dzięki temu dziś ze wspaniałą wprawą mogę rozprowadzać gładź szpachlową na ścianie – niewiele się to przecież różni od kremu na torcie, prawda? Tylko gabaryty inne.

Czytaj dalej „Różne sprawy na R”

Plik dźwiękowy

Hej! Zacznijmy jeszcze raz

Pomyślałam sobie dziś, że lato to idealny czas na życiowe przełomy. Jesień (przynajmniej w teorii) potrafi być czasem nieco depresyjna i więcej energii zużywamy na to, żeby ją po prostu przetrwać. Zima to (przynajmniej w teorii) czas na zimowy sen i lekkie zawieszenie. Człowiek potrzebuje się ugrzać, w domu zamknąć na cztery spusty, kocem otulić, herbatą rozgrzać, a nie ogarniać jakieś tam przełomy. Wiosna (przynajmniej w teorii) to czas na wybudzenie, rozgrzewkę, nieśmiały rozkwit. Powolne przeciągnie się i rozglądanie, czy już jest ciepło i czy warto się gdzieś ruszyć. Wychodzi więc na to, że najlepszy czas na życiowe przełomy to lato.

Ba... Gdyby tylko dało się takie przełomy zaplanować...

Jakoś tak się dziwnie składa, że gdy myślę o ostatnich… powiedzmy… 10 latach, to wychodzi mi, że większość moich osobistych przełomów nastąpiła latem właśnie (ewentualnie wiosną – czyli generalnie w temperaturach raczej dodatnich, kiedy nie groziła mi zimowa hibernacja mózgu i w pewnym sensie jestem skłonna sądzić, że między innymi to właśnie pozwoliło mi w miarę sprawnie działać), choć nigdy ich nie planowałam jakoś szczególnie. Żeby nie było – były to przełomy lepsze i gorsze; takie, które zapoczątkowałam sama – nie planując tego nawet i takie, które spadły na mnie przygniatając niemal swym ciężarem. Zwłaszcza w przypadku tych drugich lato spełnia się idealnie. Łatwiej sobie radzić z końcem świata, kiedy wokół wszystko pulsuje kolorami, ludzie są w wakacyjnych nastrojach i jakoś łatwiej o towarzystwo na zarwane noce, pogaduchy do rana i piwo w kawiarnianych ogródkach.

Czytaj dalej „Hej! Zacznijmy jeszcze raz”

Hej! Zacznijmy jeszcze raz